Krzysztof Kiersznowski przyszedł na świat 26 listopada 1950 roku, a dziś obchodziłby swoje 75. urodziny. Choć odszedł od nas cztery lata temu, pozostaje w pamięci jako jeden z najbardziej charakterystycznych aktorów polskiego kina. Jego droga do aktorstwa była jednak wyjątkowo trudna - musiał pokonać jąkanie i własne kompleksy, by stać się mistrzem ról drugoplanowych.
Trudne początki - walka z jąkaniem
Kiersznowski nie ukrywał, że jego dzieciństwo nie zapowiadało kariery aktorskiej. "Byłem jąkającym się, cichym, wstydliwym, zamkniętym w sobie chłopcem" - wspominał w jednym z wywiadów. Pomysł występowania na scenie wydawał mu się absurdalny ze względu na wadę wymowy.
To matka podsunęła mu myśl o aktorstwie, choć - jak sam przyznawał - "to było debilne, bo się jąkałem". Przełomem stała się praca z profesorem, który przez rok pomagał mu walczyć z defektem mowy. Jedno z ćwiczeń szczególnie utkwiło mu w pamięci:
Polegało na tym, że miałem kupić bez jąkania się bilet w kiosku. "Dopóki nie powiesz pełnym zdaniem, nie kupuj. Idź do następnego kiosku wzdłuż swojej trasy" - poinstruował mnie profesor. Raz tak zaszedłem z Ochoty aż na Żoliborz. Próbowałem w kilkunastu kioskach i wreszcie się udało.
Kariera aktora drugoplanowego
Kiersznowski doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich "warunków" i nie miał złudzeń co do typu ról, które będzie grać. Jego charakterystyczna, "bandycka twarz" predestynowała go do wcielania się w czarne charaktery.
W szkole teatralnej szybko zauważono jego talent do grania negatywnych bohaterów. Sam wspominał: "W szkole teatralnej zachwycano się, że w jakiejś etiudzie potrafiłem tak pięknie znęcać się nad kolegą. Dla wszystkich było oczywiste, że ze względu na swój wygląd będę grał gestapowców i wszelkiej maści łotrów, zbirów i bandytów".
Aktor nie miał jednak kompleksów z powodu swojej pozycji w filmowej hierarchii:
- Grał w ponad 80 produkcjach filmowych, teatralnych i telewizyjnych
- Wcielał się głównie w role drugoplanowe
- Potrafił z każdego drugiego planu zrobić pierwszy
- Jego najbardziej znane role to Wąski z "Kilera" i Nuta z "Vabanku"
Fenomen "Wąskiego" i jego konsekwencje
Rola Wąskiego w dwóch częściach "Kilera" przyniosła Kiersznowskiemu ogromną popularność, ale też pewne problemy. Widzowie często utożsamiali go z graną postacią, co prowadziło do nieprzyjemnych sytuacji.
"Niesamowite było to, że po tym, jak zagrałem Wąskiego, spotkałem się z ogromną sympatią narodu. Ale były momenty, kiedy przeklinałem tę rolę... kiedy jacyś faceci na ulicy wołali za mną: 'ej, Wąski, zapiąłeś rozporek?'" - opowiadał aktor.
Zdarzały się także niebezpieczne sytuacje, gdy ludzie zbyt mocno identyfikowali go z rolami cwaniaków i bandytów. W pociągu kilku młodych mężczyzn chciało się z nim napić, a gdy odmówił, sytuacja stała się "bardzo groźna".
Walka z chorobą i ostatnie lata
Krzysztof Kiersznowski przez ostatnie lata życia zmagał się z chorobą nowotworową. Mimo cierpienia, pracował niemal do końca, nie pokazując otoczeniu, jak bardzo cierpi. Jego koleżanka z planu, Ewa Ziętek, wspominała:
Na planie nie dawał po sobie poznać, że coś go boli, a czasem cierpiał. Był świetnym aktorem, ale też wspaniałym człowiekiem. Takich mężczyzn już nie ma. Szlachetnych, empatycznych i szarmanckich.
Aktor zmarł 24 października 2021 roku w wieku 70 lat. Do końca wcielał się w rolę Stefana Górki w serialu "Barwy szczęścia", nie chcąc zawieść ani ekipy filmowej, ani swoich fanów.
Spuścizna artysty
Krzysztof Kiersznowski pozostawił po sobie bogatą filmografię i pamięć o sobie jako o wyjątkowo ciepłym człowieku. Jego przyjaciel, Tadeusz Chudecki, żegnając go, powiedział: "Smutno będzie bez Krzysia. To był piękny człowiek, ciepły i porządny, oraz fantastyczny artysta".
Aktor, który nie wierzył, że może zostać aktorem z powodu jąkania, stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego kina. Jego historia pokazuje, że czasem nasze największe słabości mogą stać się naszą siłą - wystarczy je odpowiednio wykorzystać.






