Były komandos saper z Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu szczegółowo analizuje sabotaż na polskich torach kolejowych w rejonie wsi Mika. Według eksperta, sprawcy mieli przeszkolenie wojskowe, ale drobny błąd w porcjowaniu ładunku wybuchowego uratował przed tragedią.
Profesjonalny sabotaż z błędem w wykonaniu
Ireneusz Michalik, były komandos saper, wyjaśnia szczegóły incydentu z 17 listopada na linii kolejowej Warszawa-Lublin:
"Na tych torach zastosowano ładunki plastiku. Sprawcy podzielili sobie materiał na trzy części, ale źle go poporcjowali. Dlatego w dwóch miejscach ładunki zniszczyły szyny, a w trzecim, mimo że doszło do eksplozji, szyna nie uległa zniszczeniu."
Ekspert podkreśla, że widoczne na zdjęciach ślady wskazują na profesjonalne podejście. Szyna została "wyczyszczona" przez eksplozję, a wybuch zerwał mocowanie, jednak trzeci ładunek okazał się zbyt mały, by spowodować zniszczenie.
Amerykański materiał wybuchowy C4
Według informacji przekazanych przez premiera Donalda Tuska, sabotażyści wykorzystali amerykański materiał wybuchowy C4. Michalik tłumaczy, skąd mógł się pojawić w Polsce:
- Przed wojną w Ukrainie C4 był najtrudniej dostępnym materiałem w regionie
- Wojna wiąże się z chaosem i znikającymi dostawami
- Do Ukrainy trafiają masowo amerykańskie materiały wybuchowe
- Obecnie C4 może być najbardziej dostępnym materiałem w regionie
Precyzyjny montaż w półtorej minuty
Saper szacuje, że cały proces montażu ładunków mógł zająć sprawcom zaledwie półtorej minuty. To potwierdza ich profesjonalizm i doświadczenie wojskowe.
"To byli ludzie po przeszkoleniu wojskowym. Wiedzieli, jaki wykorzystać materiał, wiedzieli, jak zastosować zapalniki elektryczne na stosunkowo krótkim przewodzie" - ocenia ekspert.
Kluczowy błąd uratował przed tragedią
Michalik wyjaśnia, że sabotażyści popełnili błąd w porcjowaniu materiału wybuchowego:
"Sabotażyści porcjowali materiał na trzy części po 200 g. Wystarczyło, że dali o 5 g ładunku za mało do tej trzeciej porcji, żeby wybuch nie odniósł zamierzonego skutku."
Ekspert dodaje, że sprawcy uczyli się ze starych podręczników, a ich metody zadziałałyby skutecznie na wagony starego typu. Na szczęście pociąg miał wagony nowego typu z innymi wózkami.
Reakcja służb na miejscu zdarzenia
W środę po incydencie doszło do kolejnego zgłoszenia. O godz. 15:41 dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Garwolinie otrzymał informację o osobach chodzących przy torach na stacji Mika.
Jak informuje mazowiecka policja:
- Patrol dotarł na miejsce po 4 minutach
- Zastano 5 osób w miejscu ogólnodostępnym, poza torowiskiem
- Wylegitymowano obywateli Włoch i Białorusi oraz osobę z podwójnym obywatelstwem polsko-włoskim
- Osoby znajdowały się w dozwolonym miejscu
Śledztwo prokuratorskie
Prokuratura Krajowa wszczęła śledztwo w sprawie aktów dywersji o charakterze terrorystycznym. Wydano postanowienie o przedstawieniu zarzutów dwóm Ukraińcom, którzy jednak zdążyli wyjechać do Białorusi.
Minister infrastruktury Dariusz Klimczak ujawnił, że po wybuchu zniszczonym torem przejechało dziewięć pociągów, zanim dziesiąty - należący do regionalnego przewoźnika - został zatrzymany przez maszynistę, który wyczuł nieprawidłowości.
Wnioski dla bezpieczeństwa
Ekspert ostrzega, że gdyby zadziałał też trzeci ładunek, "ten szybki pociąg wypadłby z szyn i mielibyśmy wielu nieboszczyków". Incydent pokazuje zarówno realne zagrożenie, jak i znaczenie szczęśliwego zbiegu okoliczności, który uratował przed tragedią.
Policjanci z Garwolina zapewniają, że reagują na wszystkie zgłoszenia dotyczące podejrzanie zachowujących się osób w okolicy torowiska, co potwierdza zwiększoną czujność służb po tym incydencie.






